„Chiny to przyszłość, a Europa upada”. Ale czy na pewno?

Kategorie:

Czy Chiny są krajem przyszłości, a Europa jest skazana na upadek? Analizując liczby i dane, także z chińskich źródeł, ekspert Fundacji Konrad Szatters pokazuje że ta popularna dziś w internecie narracji odbiega od rzeczywistości – i wyjaśnia, dlaczego to Europa pozostaje wyjątkowym miejscem do życia.

Trudno jest dziś zajrzeć do mediów – zarówno tych tradycyjnych jak i społecznościowych – i nie natrafić na podobną narrację: Chiny to kraj przyszłości; nowoczesny, tani i funkcjonalny, a Europa, z Unią Europejską (UE) na czele, to kontynent, który najlepsze lata ma dawno za sobą. Ten sam przekaz płynie z Pekinu. Sam Xi Jinping przekonuje swoje kadry partyjne, że czas i siła rozpędu są po stronie Chin, mówi o trwającym procesie „zmian niewidzianych od wieku”, a w chińskich mediach krążą hasła dotyczące „wznoszącego się Wschodu i upadającego Zachodu”. Podobne narracje znajdują swój oddźwięk również w Polsce i w Europie. Ale jak mają się one do rzeczywistości?  

Najpierw liczby 

Zacznijmy od tego, co policzalne. Spójrzmy na dwa podstawowe mierniki: PKB (przychód krajowy brutto) na mieszkańca oraz HDI, czyli wskaźnik rozwoju publikowany przez ONZ (Organizację Narodów Zjednoczonych). PKB na mieszkańca to wyrażona w pieniądzu wartość dóbr i usług wytworzonych w danym kraju i przypadających na jedną osobę, a liczony parytetem siły nabywczej uwzględnia dodatkowo różnice cen, starając się wyrazić to, ile realnie da się za te pieniądze kupić. HDI to wskaźnik rozwoju społecznego ONZ, który obok samych pieniędzy bierze również pod uwagę oczekiwaną długość życia i poziom edukacji, a więc to, ile z wypracowanego w danym kraju bogactwa przekłada się na rzeczywisty dobrobyt obywateli. 


Chiny są dziś mniej więcej tam, gdzie Polska była pod koniec lat dziewięćdziesiątych.

Analizując powyższe mierniki, otrzymujemy dość jednoznaczny obraz. W 2025 roku PKB na mieszkańca liczony parytetem siły nabywczej wyniósł w Chinach około 29,3 tys. dolarów międzynarodowych, w Polsce 54,3 tys., a w całej UE 65,5 tys. W najnowszym rankingu HDI Chiny z wynikiem 0,797 zajmują 78. miejsce na świecie, Polska z wynikiem 0,906 miejsce 35., a w pierwszej dziesiątce znajduje się aż osiem krajów europejskich, w tym pięć należących do UE. Co więcej, wynik Chin w tym rankingu mieści się między tym należącym do Polski w roku 1990 (0,722) a 2000 (0,801) – jeśli chodzi zatem o wskaźnik rozwoju HDI liczony przez ONZ, to Chiny są dziś mniej więcej tam, gdzie Polska była pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Wiele zależy przy tym od różnic wewnętrznych, bo jak wylicza jeden z instytutów fińskiego banku centralnego, najbogatsze regiony Chin, takie jak Pekin i Szanghaj, osiągają wprawdzie PKB na mieszkańca porównywalne z Czechami i Portugalią, ale najbiedniejsze Gansu i Heilongjiang osiągają zaledwie jedną czwartą ich poziomu. Chiny to niekoniecznie zatem jeden zwarty kraj przyszłości, lecz zestaw wielu prowincji znajdujących się na drastycznie różnych poziomach rozwoju.  

ONZ publikuje HDI również w wersji skorygowanej o nierówności, ale ta korekta nie tylko nie zmienia wyżej nakreślonego obrazu, ale go pogłębia: Chiny tracą przy niej 15,9 procent swojego pierwotnego wyniku, Polska 9,8, a w czołówce nadal dominują kraje Europy. Podobnie wypada niezależny Social Progress Index, liczony wyłącznie na podstawie wskaźników społecznych i środowiskowych, w którym Chiny zajmują 73. miejsce, Polska 31., a wszystkie miejsca w pierwszej dziesiątce należą do Europy.  

Ale można by tu oczywiście zauważyć, że są to przecież wszystko miary opracowywane na zachodzie i liczone według zachodnich metodologii; mogą więc one w naturalny sposób faworyzować Europę. Sięgnijmy zatem po mierniki tworzone wyłącznie w Chinach. Indeks zrównoważonego rozwoju młodzieży, opracowany przez chińskie instytucje państwowe i akademickie, dotyczy wprawdzie wyłącznie młodych ludzi, natomiast również bada kwestie dotyczące ich dobrobytu, a więc m.in. zdrowia, edukacji, zatrudnienia i partycypacji obywatelskiej. Indeks ten stawia Chiny stosunkowo wysoko, na 23. miejscu wśród 85 państw, wyżej niż Polskę, ale nawet w nim połowę pierwszej dziesiątki stanowią kraje europejskie. Spośród wszystkich kategorii indeksu, najlepszy wynik Chin, dziewiąte miejsce na świecie, przypada na „partycypację obywatelską” młodych ludzi – co, biorąc pod uwagę ich sytuację w Kraju Środka o której za moment, mówi więcej o metodologii badań niż o samych Chinach. Z kolei raport globalnego rozwoju z 2022 roku, wydawany przez powołane przez Xi Jinpinga Centrum Wiedzy o Rozwoju Międzynarodowym, konsekwentnie zalicza Chiny do grona krajów rozwijających się, a także otwarcie przyznaje, że kapitał, rynki i technologie z krajów rozwiniętych były istotnym składnikiem chińskiego rozwoju i stawia w centrum swojej diagnozy pogłębiające się różnice między Globalnym Południem a krajami rozwiniętymi, czyli również Europą. 

Żaden z powyższych mierników i indeksów nie jest doskonały i żaden nie oddaje rzeczywistości w 100 procentach. PKB nie mówi nic o tym, jak się rozkładają i komu przypadają owoce wzrostu gospodarczego, HDI sprowadza złożoność życia społecznego do jedynie trzech kluczowych wymiarów, a każdy miernik i indeks da się skonstruować tak, by określony kraj bądź ich grupa wypadła w nim korzystniej niż inne. Razem dają jednak obraz na tyle spójny, że trudno postrzegać go jako w pełni stronniczy z korzyścią dla zachodu. Bowiem w każdym z tych zestawień, również w tych chińskich, czołówkę zajmują kraje rozwinięte, głównie europejskie, a Chiny plasują się wśród tych rozwijających się.  

A jak to wygląda w praktyce? 

O Chinach często mówi się zupełnie tak, jakby ich obywatele mieli dokładnie to samo co my, te same standardy i poziom życia, tylko dodatkowo nowoczesne wieżowce, szybkie pociągi i niskie ceny. To bardzo eurocentryczne podejście do sprawy, bo opiera się na cichym założeniu, że nasz standard jest standardem globalnym, a cała różnica między Europą i Chinami sprowadza się jedynie do tempa wzrostu i ceny produktów. Tymczasem Europa w skali globalnej pozostaje miejscem do życia absolutnie wyjątkowym, a świadczą o tym rzeczy pozornie drobne, o których mówi się rzadko, bo są nudne – nudne dlatego, że mamy je na co dzień i często nie zwracamy na nie szczególnej uwagi. 

Zacznijmy od wody. W Chinach wody z kranu zasadniczo nie pije się bez przegotowania i nie jest to kwestia przyzwyczajenia. Jak przyznaje komentarz opublikowany przez chińskie Centrum Kontroli i Prewencji Chorób, technologie uzdatniania w Państwie Środka są przestarzałe, część zakładów nie uzdatnia wody wcale, a starzejąca się infrastruktura wodna grozi zanieczyszczeniem wtórnym. Przynosi to konkretne skutki: według danych chińskiej Państwowej Komisji ds. Zdrowia spośród 7,8 miliona zgłoszonych w 2018 roku zachorowań na choroby zakaźne blisko 19 procent przenosiło się drogą wodną. Pod koniec 2018 roku w Chinach było też ponad 77 tysięcy wsi z fluorozą wywołaną wodą pitną i 2667 wsi z zatruciem arsenem, na które narażonych było 1,6 miliona osób. Co więcej, w dorzeczu rzeki Huai – jednej z największych we wschodnich Chinach – obszary zanieczyszczone najsilniej i najdłużej okazały się zarazem tymi, w których najbardziej wzrosła umieralność na nowotwory układu pokarmowego. Chiny mają oczywiście świadomość tych problemów i starają się je rozwiązywać, ale zajmuje to czas. Nawet Szanghaj – jedno z najbardziej rozwiniętych i „zachodnich” miejsc w kraju – zakłada, że woda zdatna do picia prosto z kranu popłynie w całym mieście dopiero w 2035 roku. W Europie sytuacja wygląda inaczej. Unijna dyrektywa o jakości wody pitnej ustanawia rygorystyczne normy obejmujące cały łańcuch dostaw – od ujęcia aż po kran. Według danych Głównego Inspektoratu Sanitarnego w latach 2020-2022 w Polsce wodę spełniającą standardy jakości dostarczało ponad 99 procent wszystkich wodociągów, a odsetek ludności otrzymującej wodę o odpowiedniej jakości wynosił 99,9 proc. Możliwość picia wody bez obaw i bezpośrednio z kranu jest w dużej części Europy czymś oczywistym, ale na świecie, również w Chinach, zdecydowanie nie jest to uniwersalny standard. 

Spójrzmy też na inną fundamentalną kwestię: koszty założenia rodziny. Według raportu chińskiego instytutu Yuwa z maja tego roku, wychowanie dziecka do 18. roku życia kosztuje w Chinach ponad 6-krotność rocznego PKB na mieszkańca – to drugi najwyższy wynik na świecie, tuż po Korei Południowej. Dla porównania Centrum im. Adama Smitha szacuje ten koszt w Polsce na 371 tysięcy złotych, a więc, biorąc pod uwagę dane podawane przez Bank Światowy, mniej więcej 3,5-krotność polskiego PKB na mieszkańca – oczywiście niemało, ale w dalszym ciągu niemal dwa razy mniej niż w Chinach. W zestawieniu Yuwa pozostałe kraje Europy osiągają zbliżone wyniki, zwłaszcza Niemcy, w których taki koszt sięga 3,6-krotności PKB na mieszkańca. Skutki rosnących kosztów założenia rodziny w Chinach widać w statystykach: w 2025 roku urodziło się w Chinach 7,92 miliona dzieci wobec 16,5 miliona dekadę wcześniej, a populacja skurczyła się o 3,4 miliona osób. Europa również ma kłopot demograficzny – dzietność w Unii wyniosła w 2024 roku 1,34, a w Polsce około 1,1. Różnica jest jednak diametralna: Europa zdążyła się wzbogacić, zanim się zestarzała, a Chiny kroczą odwrotną drogą, opisywaną przez tamtejszych ekspertów jako 未富先老 (wèi fù xiān lǎo) – „zestarzeć się, zanim się wzbogaci”. 

Ten problem uwidacznia się w systemie ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych. Udział wydatków ponoszonych z własnej kieszeni przez obywateli Chin w całości wydatków na zdrowie wyniósł w tym kraju 32 procent wobec średnio 15 procent w UE. Podstawowa emerytura dla mieszkańców wsi i niepracujących mieszkańców miast to w 2026 roku 163 juany miesięcznie, czyli równowartość około 90 złotych. Świadczenie z tego systemu pobiera ponad 180 milionów osób, a przeciętna wypłata wynosi w nim około 246 juanów, czyli około 135 złotych. Nawet sami chińscy oficjele przyznają, że są to emerytury przy których życie jest “bardzo, bardzo trudne”. W Polsce i Europie w większości przypadków spieramy się o to, czy emerytury są wystarczająco wysokie by godnie żyć. W Chinach dla setek milionów ludzi pytanie brzmi, czy da się z nich w ogóle przeżyć. 

Nie inaczej jest z młodymi. Chińska młodzież od lat ma na swoją sytuację własne slangowe określenia: 内卷 (nèijuǎn), czyli „inwolucja” – przeciwieństwo ewolucji; wyniszczająca rywalizacja w edukacji i na rynku pracy, czasem opisywana jako „wyścig na dno” – oraz 躺平 (tǎngpíng), „leżenie płasko”, czyli rezygnacja młodych ludzi z jakichkolwiek starań o zdobycie pracy, kupno mieszkania i założenie rodziny w obliczu trudnej sytuacji w kraju. Bezrobocie wśród nieuczących się Chińczyków w wieku 16-24 lat wyniosło w lipcu 2026 roku 17,9 procent. W Unii było to 15,1 procent, a w Polsce 11,2 procent. Problem mamy więc podobny, ale u nas jest on nadal wyraźnie mniejszy. 

Dostrzegajmy to, co osiągnęliśmy 

Nie chodzi w tym wszystkim o to, by Chinom jakkolwiek umniejszać. Skok, jakiego dokonały w ciągu ostatnich dekad jest historyczny, a dziś są bez wątpienia kluczowym centrum technologicznym i przemysłowym oraz nieodłącznym elementem światowej układanki geopolityczno-gospodarczej. Warto jednak pamiętać, jakim kosztem został ten postęp osiągnięty i jak wygląda dzisiaj życie tych, dzięki którym był on możliwy – czyli obywateli Chin. Debatując nad rozwojem Państwa Środka warto również przy okazji dostrzec skok, którego dokonaliśmy sami: od 1990 roku polski PKB na mieszkańca liczony parytetem siły nabywczej wzrósł niemal czterokrotnie, HDI podniósł się z 0,722 do 0,906, a przeciętna długość życia wydłużyła się o siedem i pół roku, z niemal 71 do ponad 78. Nie chodzi przy tym o bezkrytyczne wynoszenie nas samych, czy Europy na piedestał, tylko o trzeźwe spojrzenie na dzisiejszą sytuację i o dostrzeżenie tego, co mamy i co osiągnęliśmy. 


Tymczasem Europa w skali globalnej pozostaje miejscem do życia absolutnie wyjątkowym, a świadczą o tym rzeczy pozornie drobne, o których mówi się rzadko, bo są nudne – nudne dlatego, że mamy je na co dzień i często nie zwracamy na nie szczególnej uwagi.

Czy Europa ma problemy? Oczywiście, i to poważne. Demografia, podziały społeczne i polityczne, biurokracja, labirynty regulacji, mozolne szukanie konsensusu na unijnych szczytach, kłopot z wizją przyszłości i z własną tożsamością – a to przecież tylko niektóre z nich. Europa nie rozwija się już tak imponująco jak dawniej i sporo też straciła wizerunkowo, choć akurat Polska jest w tej kwestii wyjątkiem. Od tego daleko jednak do nieuchronnego upadku, zwłaszcza że wiele krajów Europy zaczęło wreszcie dostrzegać zagrożenia płynące z zewnątrz i próbuje im przeciwdziałać, a Chiny mierzą się z własnymi, ogromnymi problemami. Sytuacja nie jest więc czarno-biała. Warto też pamiętać, jak zawodne bywają prognozy dotyczące rosnących potęg: w latach osiemdziesiątych z równym przekonaniem jak dziś o Chinach mówiono o Japonii i zapowiadano, że wkrótce zostawi ona Stany Zjednoczone i Europę daleko w tyle. Tymczasem dziś to Polska depcze Japonii po piętach i według prognoz wyprzedzi ją w tym roku pod względem PKB na mieszkańca liczonego parytetem siły nabywczej, podczas gdy dekadę temu była pod tym względem od Polski bogatsza o połowę. 

Zasadnicza różnica polega zresztą na czymś innym. W Europie mamy owszem ogromne problemy, ale obywatele mają coś do powiedzenia. Możemy rozliczyć władzę w wolnych wielopartyjnych wyborach, których w Chinach w znanej nam formie nie ma, organizować się w mediach społecznościowych, które w Chinach są cenzurowane albo zakazane, i czerpać wiedzę z niezależnych mediów, z którymi również w Państwie Środka jest problem. Nasze problemy przez to nie znikają, ale mamy narzędzia, żeby coś z nimi zrobić. O tej „subtelnej” różnicy – i o wszystkich opisanych w tym tekście – warto zatem pamiętać, kiedy następnym razem ktoś będzie próbował sprzedawać nam widmo bezkonkurencyjnych Chin i beznadziejnej, skazanej na porażkę Europy.  

Konrad Szatters

Ekspert Fundacji


Konrad Szatters jest analitykiem ds. Chin i redaktorem wykonawczym w Association for International Affairs (AMO) i China Observers in Central and Eastern Europe (CHOICE) w Brukseli. Jest również doktorantem nauk politycznych na Uniwersytecie w Leiden.

Accessibility