Czym jest FIMI? Na przykładzie działań Rosji i Chin w europejskiej przestrzeni informacyjnej, ekspert Fundacji Konrad Szatters wyjaśnia, jak Unia Europejska przeciwdziała obcym wpływom, patrząc nie na samą treść przekazu, lecz na to, kto go rozpowszechnia i w jaki sposób.
Czym jest FIMI i dlaczego powstało
Gdy mówimy o obcych wpływach w naszej przestrzeni informacyjnej, często sięgamy po pojęcia takie jak propaganda, dezinformacja lub „fake news”. Propaganda to celowe i systematyczne kształtowanie percepcji i zachowań odbiorcy, tak by sprzyjały interesom nadawcy. Nie musi ona wcale opierać się na kłamstwie – wystarczy, że starannie dobiera fakty i przedstawia je w odpowiednim kontekście. Dezinformacja to świadome rozpowszechnianie treści fałszywych lub przeinaczonych po to, by wprowadzić kogoś w błąd lub odnieść korzyści gospodarcze lub polityczne. I wreszcie fake newsy to wpisy, wiadomości i kanały informacyjne, które przekazują treści nieprawdziwe lub przeinaczone.
Powyższe trzy pojęcia są niezwykle przydatne w opisywaniu zjawisk, z którymi mierzymy się na co dzień w naszej przestrzeni informacyjnej – zwłaszcza w mediach społecznościowych. Jednakże ich definicje często nakładają się na siebie, ich naprzemienne użycie może dezorientować, a każde z nich z osobna opisuje jedynie wycinek rzeczywistości, niekoniecznie biorąc pod uwagę jej zawiłość.
Współczesne operacje w przestrzeni informacyjnej rzadko mieszczą się w jednej definicji. W ramach określonej kampanii może pojawić się całkowicie zmyślona historia, potem prawdziwa informacja podana w przeinaczonym kontekście, która zarazem ma na celu odwrócić uwagę od niewygodnego tematu. A to wszystko przekazywać może opłacony influencer lub napędzana przez sztuczną inteligencję sieć kont udających zwykłych internautów. Równolegle pojawić mogą się również działania hybrydowe – cyberataki czy naciski polityczne i gospodarcze. Nazwanie zestawu takich działań jedynie propagandą, dezinformacją czy fake newsami opisuje tylko jego wybrany wycinek i gubi resztę większej całości. Te trzy pojęcia ponadto skupiają się przede wszystkim na treści danej informacji, którą najpierw trzeba odczytać, potem rozstrzygnąć o jej prawdziwości, a następnie ustalić, kto jest jej nadawcą i co zamierzał osiągnąć. To wszystko zajmuje czas i bywa trudne do osiągnięcia – a przecież podmioty i państwa siejące zamęt w naszej przestrzeni informacyjnej nie próżnują.
Widząc to, Unia Europejska podjęła więc dwie decyzje. Pierwszą było stworzenie pojemniejszego terminu. Europejska Służba Działań Zewnętrznych (ESDZ), czyli unijna służba dyplomatyczna, wprowadziła zatem pojęcie „FIMI” – od angielskiego Foreign Information Manipulation and Interference, które odnosi się do szeroko pojmowanej ingerencji i manipulacji informacją obecnymi w europejskiej przestrzeni informacyjnej. Termin ten z założenia obejmuje całe spektrum obcych działań – niezależnie od ich treści i tego, czy opierają się na kłamstwie, przeinaczaniu czy odwracaniu uwagi.
Z tym wiąże się druga bardzo istotna kwestia. Bowiem zamiast oceniać jedynie treść danych informacji, ESDZ postanowiła przyglądać się przede wszystkim metodom ich rozprzestrzeniania. W ramach analiz dotyczących FIMI pytanie brzmi zatem „kto to robi, w jaki sposób i przy użyciu jakich narzędzi”. W praktyce oznacza to badanie nie tylko pojedynczych wpisów, ale tego, co za nimi stoi: siatek fałszywych kont, portali podszywających się pod lokalne i krajowe redakcje, pośredników przekazujących określone informacje, a także sposobów sztucznego podbijania zasięgów i pieniędzy, które to wszystko finansują. W założeniu Unii ma to być sposób uderzający bezpośrednio w źródła obcych wpływów w europejskiej przestrzeni informacyjnej. Pojedyncze manipulacyjne wpisy można prostować i „odkręcać”, to oczywiście bardzo istotne, ale nazajutrz zawsze pojawiają się kolejne. Natomiast infrastruktura i metody, za pomocą których te wpisy są produkowane i rozprzestrzeniane, pozostają często te same. Unia Europejska z ESDZ-em na czele chce więc uderzać właśnie w tę infrastrukturę.
Za takim wyborem stoi jeszcze jeden, bardzo praktyczny powód. Unia Europejska to 27 państw, a więc również i niemal 27 zasadniczo osobnych języków, środowisk medialnych, kultur i wrażliwości. W jednym kraju głównym miejscem debat i wymiany poglądów może być platforma X, w drugim Facebook, a w trzecim wciąż telewizja i prasa. Różny może być też stosunek do informacji jako takiej: społeczeństwo jednego kraju może podchodzić do treści płynących z mediów bardziej ufnie, a drugiego z daleko idącym sceptycyzmem. Inne mogą też być tematy drażliwe i doświadczenia historyczne, przez pryzmat których odbierany jest każdy przekaz. Znalezienie w takim gronie wspólnej metody przeciwdziałania obcym wpływom informacyjnym jest więc wyjątkowo trudne, ponieważ narzędzia skrojone pod rynek medialny w jednym kraju bądź regionie Europy w innym mogą zwyczajnie nie zadziałać.
Biorąc zatem pod uwagę tę różnorodność i wyżej opisane zawiłości terminologiczne, ESDZ potrzebowała pojęcia możliwie najszerszego i najbardziej uniwersalnego. FIMI w założeniu jest właśnie tym pojęciem: wspólnym mianownikiem, który działać ma niezależnie od kraju, języka i platformy, bo analizuje nie tylko treść przekazu, lecz przede wszystkim sposób jego rozprowadzania i infrastrukturę temu służącą.
Jak FIMI wygląda w praktyce
Kolejne raporty ESDZ o zagrożeniach płynących z FIMI pokazują, jak taka infrastruktura wygląda od środka. Istotną kwestią jest to, że widoczna część obcych operacji informacyjnych to jedynie margines całości: oficjalne konta ambasad i państwowych nadawców stanowią zaledwie ułamek wszystkich kanałów zaangażowanych w wykryte przez ESDZ operacje informacyjne. Zdecydowana większość tworzona jest tak, by wyglądać na lokalną, oddolną lub przypadkową.
Rosyjska operacja znana jako Doppelgänger, czyli sobowtór, polega na przykład na tworzeniu serwisów podszywających się pod prawdziwe europejskie i amerykańskie redakcje, takie jak The Washington Post, The Guardian, RBC Ukraine i wiele więcej. Rosyjskie serwisy-sobowtóry publikują następnie odpowiednio spreparowane teksty, używając przy tym szaty graficznej i logo oryginalnych serwisów oraz posługując się niemal identycznymi adresami. Z kolei powiązana z Chinami sieć znana jako Spamouflage, czyli połączenie słów spam i kamuflaż, działa inaczej: składają się na nią grupy kont na różnych platformach, a zwłaszcza na X, które nie tyle przekonują do określonych racji, co raczej nieustannie zapełniają przestrzeń informacyjną przeróżnymi treściami, również tymi przychylnymi Pekinowi. Zaangażowanie prawdziwych użytkowników pod takimi postami pozostaje niskie, ale – jak zauważa ESDZ – samo powtarzanie danych wiadomości przez wiele kont buduje wrażenie, że określone poglądy są powszechnie podzielane. Wokół takich działań wyrosła zresztą cała branża – ESDZ mówi wprost o „FIMI jako usłudze”, na którą składają się wielowarstwowe modele biznesowe, których operacje są odpowiednio planowane, finansowane i zlecane wyspecjalizowanym firmom.
Te i podobne techniki znajdują swoje zastosowanie również w Polsce i naszej części Europy, o czym mówi analiza European Council on Foreign Relations (ECFR). Punktem wyjścia mogą być media tradycyjne. Chiński nadawca państwowy China Radio International (CRI) prowadzi polskojęzyczne kanały w mediach społecznościowych, a chińskie podmioty zawierają z niektórymi lokalnymi redakcjami porozumienia o wymianie treści i zapraszają dziennikarzy na finansowane wyjazdy do Państwa Środka. Skuteczniejsze zdają się być jednak metody zacierające wszelkie chińskie ślady. Pierwszą jest „zapożyczanie głosów” i opłacanie twórców internetowych, którzy brzmią wiarygodnie dlatego, że są „swoi”. Drugą jest „pranie informacji”, czyli publikowanie treści w kolejnych mediach tak często, że z czasem ich prawdziwe pochodzenie się zaciera i zaczynają wyglądać na wywodzące się z lokalnych źródeł. Trzecią może być podbijanie sprzyjających Pekinowi treści w mediach społecznościowych, również za pomocą sztucznej inteligencji i manipulacji algorytmami, przez co ich zasięg zdecydowanie się zwiększa.
Tę ostatnią kwestię porusza również badanie Państwowego Instytutu Badawczego NASK, którego autorzy, po analizie treści drażliwych dla Pekinu publikowanych na TikToku (np. Tajwan czy Tybet), doszli do wniosku, że istnieją uzasadnione podstawy, by sądzić, że algorytmy tej platformy mogą podlegać manipulacji i być wykorzystywane do celów propagandowych. I właśnie kwestia przejrzystości działania algorytmów jest dziś kluczowa, ponieważ decydują one, co do nas trafia, a co nie. A jako że z TikToka korzysta w Polsce ponad jedna trzecia dorosłych, mówimy o informacjach trafiających codziennie do milionów osób w naszym kraju.
Co to oznacza dla Polski i Europy
Skutki obcych operacji informacyjnych dotykają trzech istotnych dla nas sfer: polityki, społeczeństwa i gospodarki.
Politycznie stawką są przede wszystkim wybory i zaufanie do instytucji. ESDZ odnotowuje, że kampanie wyborcze w państwach Unii, w tym w Polsce, należą do najczęstszych celów obcych, zwłaszcza rosyjskich, operacji informacyjnych, a schemat działania bywa podobny: najpierw podważanie wiarygodności kandydatów i rządzących, potem podsycanie istniejących już sporów społecznych, a na koniec straszenie zagrożeniami w dniu wyborów i sianie wątpliwości co do uczciwości ich wyniku. Niekoniecznie chodzi przy tym o to, by ktokolwiek zmienił zdanie przy urnie. Wystarczy, że część społeczeństwa nie pójdzie głosować bądź przestanie wierzyć w sens i uczciwość wyborów.
Jeśli chodzi o społeczeństwo, to stawką jest jego spójność. Obcym podmiotom często nie chodzi wcale o przekonanie kogokolwiek do danych poglądów, lecz przede wszystkim o skłócenie społeczeństwa, rozbicie wspólnoty i napuszczenie jednych na drugich. Służy temu wzmacnianie przekazów skrajnych politycznie – zarówno z prawej, jak i z lewej strony – oraz podsycanie sporów, które bywają nie tylko wyolbrzymione, ale i całkowicie wymyślone. Efektem są zwątpienie i zamęt: różnice zdań przeradzają się w konflikt, niechęć w nienawiść, a zaufanie do mediów i instytucji słabnie. Skutki tego rzadko wyglądają jak wynik obcej działalności, a częściej jak pokłosie wewnątrzkrajowych kłótni.
I wreszcie gospodarka – choć na pierwszy rzut oka może się wydawać z tym wszystkim niezwiązana. Skutki obcych działań informacyjnych i hybrydowych mogą być częściowo bezpośrednie, bo sabotaż infrastruktury czy cyberatak mają przecież swoją wymierną cenę. Przede wszystkim jednak chodzi o skutki pośrednie. Bowiem jeśli w debacie publicznej utrwali się przekonanie, że przyszłość należy do kogoś innego, na przykład do Chin, a Europa nieuchronnie chyli się ku upadkowi, to może to oznaczać spadek poparcia dla kosztownych i odważnych inwestycji oraz pogorszenie nastrojów społecznych, co z kolei może wiązać się z niechęcią do wydawania i inwestowania własnych pieniędzy, a co za tym idzie ze spowolnieniem gospodarczym. Co więcej, w systemach demokratycznych decyzje gospodarcze bywają pochodną właśnie tych nastrojów społecznych, na które z kolei ogromny wpływ ma właśnie przestrzeń informacyjna i medialna, o którą toczy się gra.
Obce działania informacyjne – zarówno w Polsce, jak i w całej Europie – mogą mieć konsekwencje wykraczające daleko poza sam internet i sięgające płaszczyzn pozornie z nimi niezwiązanych. Warto mieć to na uwadze, zachowywać czujność wobec treści, które do nas trafiają, a do obcych działań podchodzić poważnie. Tym bardziej że nie musimy być wobec nich bezsilni, a instytucje takie jak NASK umożliwiają obywatelom zgłaszanie treści wątpliwych bądź fałszywych i korzystając z nich możemy znacząco przyczynić się do walki z obcymi wpływami w naszej przestrzeni informacyjnej.
Konrad Szatters
Ekspert Fundacji
Konrad Szatters jest analitykiem ds. Chin i redaktorem wykonawczym w Association for International Affairs (AMO) i China Observers in Central and Eastern Europe (CHOICE) w Brukseli. Jest również doktorantem nauk politycznych na Uniwersytecie w Leiden.
