W Polsce jesteśmy tradycyjnie wyczuleni na obce działania informacyjne. Nauczyła nas tego Rosja. Fałszywe konta, zmyślone historie, ciągłe straszenie, granie na emocjach oraz podsycanie kłótni i podziałów – wszystko to znamy aż za dobrze. Nie znaczy to jednak, że rozpoznawanie rosyjskich metod jest proste. Wręcz przeciwnie – rosyjska dezinformacja bywa dziś dużo bardziej wysublimowana niż w przeszłości i często jest w stanie efektywnie maskować się jako „lokalny” news z naszego własnego podwórka, komentarz zaniepokojonego „obywatela” albo „oddolna” inicjatywa, która „tylko zadaje pytania”.
I skoro nawet z Rosją, o której mówimy najgłośniej i najczęściej, bywa tak trudno, to tym łatwiej jest nam przeoczyć inny kraj, który działa na zupełnie innych zasadach – po cichu i bez awantur. To Chiny. I choć ich obecność w naszej sferze informacyjnej znacznie mniej rzuca się w oczy, to nie oznacza wcale, że jej nie ma. Wręcz przeciwnie – jest, i staje się coraz większa, tylko nie zwykliśmy jeszcze jej wprawnie dostrzegać.
Propaganda, dezinformacja, FIMI
Zanim jednak o różnicach między rosyjskimi i chińskimi metodami, warto uporządkować dwa pojęcia, które w potocznych rozmowach często zlewają się w jedno – propaganda i dezinformacja.
Według badaczy Gartha Jowetta i Victorii O’Donnell, propaganda oznacza celowe i systematyczne dążenie do wywierania wpływu na postrzeganie rzeczywistości i kształtowanie zachowań odbiorcy w sposób sprzyjający osiągnięciu celów zamierzonych przez nadawcę. Co istotne, propaganda wcale nie musi opierać się na kłamstwie. Może operować faktami, tyle że starannie wybranymi i przedstawionymi w odpowiednim świetle i kontekście. Dezinformacja z kolei – według definicji przedstawionej przez Komisję Europejską – oznacza świadome rozpowszechnianie treści fałszywych lub zmanipulowanych po to, żeby wprowadzać odbiorców w błąd.
By uniknąć zawiłości wynikających z definicji Unia Europejska posługuje się pojemniejszym terminem FIMI (ang. Foreign Information Manipulation and Interference), który odnosi się do szerzej pojętej ingerencji i manipulacji informacją płynącymi zza granicy. Dla Unii liczy się przede wszystkim metodologia: działania muszą mieć manipulacyjny charakter i być prowadzone w sposób celowy i skoordynowany. Mogą być to na przykład ukrywanie prawdziwego nadawcy danej wiadomości, sztuczne pompowanie zasięgów, budowanie sieci pozornie niezależnych kont i portali – i wiele innych.
Rosja ma dzielić, Chiny mają się podobać
Na czym zatem polega różnica między Rosją a Chinami? Rosji zależy przede wszystkim na tym, żeby siać zamęt, straszyć i wprowadzać podziały, zarówno wewnątrz społeczeństw, jak i między krajami na arenie międzynarodowej. Chiny zdają się grać w inną grę. Ich głównym celem jest na ten moment pokazanie się z jak najlepszej strony – jako kraj nowoczesny, uporządkowany, bezpieczny i przekonany co do wizji swojej przyszłości. Krótko mówiąc, Rosja chce straszyć, dzielić i skłócać, a Chiny chcą się podobać i budzić zaufanie.
Jednakże pod tym niewinnym zamiarem kryje się głębszy przekaz. Bo skoro Chinom idzie tak dobrze, to może ich sposób rządzenia jest po prostu lepszy od naszego? Może silna i scentralizowana władza, która nie musi się liczyć z nikim i niczym, radzi sobie sprawniej niż powolne, wiecznie sprzeczające się europejskie demokracje? Może my również powinniśmy przemyśleć pewne kwestie polityczno-społeczne i zredefiniować się na chińską modłę? To bardzo korzystna dla Pekinu perspektywa – i znajduje ona pewien oddźwięk w Europie.
A dzieje się to z uwagi na metody stosowane przez Chiny. Na przykład, według ostatniego raportu dot. FIMI opublikowanego przez Europejską Służbę Działań Zewnętrznych, Pekin w swoich operacjach propagandowych i dezinformacyjnych wykorzystuje na szeroką skalę sztuczną inteligencję. Chiny rozwijają również sieci fałszywych kont rozprzestrzeniających przyjazne Pekinowi treści, czy „szmuglują informacje” ukrywając przy tym ich prawdziwe źródło. Niektóre działania Chin mają też na celu wzmacnianie pewnych skrajnych politycznie przekazów, lub też odpłatne posługiwanie się influencerami i przedstawicielami lokalnych społeczności, których głosy brzmią wiarygodnie, bo są „swoi.” Chiny posługują się tym metodami w sposób subtelny, nienarzucający, dzięki czemu ich działania w europejskiej sferze informacyjne pozostają często niezauważone – a przez to też skuteczne.
„Organiczny” zachwyt Chinami
Najlepiej widać to na przykładzie trendu, który w ostatnim czasie rozlał się po internecie. Potocznie nazywa się go „Chinamaxxing” i polega na tym, że młodzi ludzie z Zachodu z zachwytem przejmują chińskie nawyki i styl życia: piją ciepłą wodę zamiast kawy, interesują się tradycyjną chińską medycyną, a odwiedzając Chiny pokazują ich nieskazitelnie czyste metra, superszybkie pociągi i futurystyczne miasta. W tle niemal zawsze pobrzmiewa to samo porównanie – w Chinach jest tanio, czysto i nowocześnie, a u nas w Europie drogo, brudno i po staremu.
Część tych osób robi to zupełnie szczerze, dla zabawy, zasięgów albo z ciekawości – i nikt im niczego nie nakazuje. I taki spontaniczny zachwyt jest dla Chin bezcenny. Aparat państwowy chętnie go podłapuje i podsyca, bo pochwała z ust zwykłego internauty – zwłaszcza zachodniego – brzmi znacznie wiarygodniej niż jakikolwiek oficjalny komunikat strony chińskiej. W ten sposób powstaje korzystny dla Pekinu obraz świata, w którym Chiny są niekwestionowaną przyszłością, a Europa przebrzmiałą przeszłością – i przekazują go nie Chińczycy, tylko sami Europejczycy.
Filmy są przykładami treści wpisujących się w narrację korzystną dla chińskiej propagandy; nie oznacza to, że ich autorzy świadomie tę narrację promują.
Ale czy ten zachwyt jest rzeczywiście organiczny? Tego oczywiście w pełni nie wiemy, jednak badania pozwalają domniemywać, że niekoniecznie. Chiny bowiem potrafią aktywnie opłacać internetowych twórców – fundować im podróże, podsuwać gotowe tematy, a potem podbijać zasięgi najbardziej przychylnych Pekinowi głosów, również tych z niszowych, skrajnych politycznie środowisk. Do tego dochodzi cała wcześniej wspomniana infrastruktura fałszywych kont udających zwykłych użytkowników i zalewających zachodnie media społecznościowe masą treści coraz częściej tworzonych przez sztuczną inteligencję. Pojedyncze wpisy czy filmy znaczą niewiele, ale gdy pojawiają się ich setki tysięcy, powstaje złudzenie, że skoro tyle osób powtarza ten sam przekaz, to rzeczywiście musi coś w tym być – i często wywołanie takiego złudzenia jest dla Pekinu celem samym w sobie.
Czego ten trend nie pokazuje
Jednak ten błyszczący obraz Chin, na którym tak zależy Pekinowi, jest niepełny i często fałszywy. Chiny rzeczywiście zbudowały imponujące miasta i szybkie koleje, tego nikt nie neguje, ale to tylko jedna strona medalu – ta eksponowana. Druga strona wygląda znacznie mniej efektownie i dlatego rzadziej możemy ją obserwować w mediach społecznościowych.
Chiny zmagają się bowiem z poważnymi problemami wewnętrznymi. Ich rozwój jest ogromny, ale skrajnie nierówny. W Pekinie zderzają się dwa światy: po jednej stronie ulicy stoją stare, ciasne dzielnice mieszkaniowe (tzw. hutongi), których mieszkańcy często nie mają nawet własnych łazienek czy toalet, a po drugiej mamy gigantyczne, nowoczesne i świecące pustkami centra handlowe, często przepełnione luksusowymi produktami zachodnich marek. W makroskali bogatszy wschód kraju wyprzedza słabo rozwinięty zachód o całe dekady. W wielu miejscach brakuje rzeczy podstawowych – wody z kranu wciąż nie powinno się pić bez przegotowania, a część wód gruntowych jest tak skażona metalami ciężkimi, że nie nadaje się do spożycia. Do tego dochodzą zanieczyszczenia gleby i powietrza. Chińska codzienność bywa też nieznośnie droga: koszty założenia rodziny i kupna mieszkania często znacznie przewyższają te na Zachodzie i przytłaczają młodych, a według niektórych szacunków rzeczywiste bezrobocie wśród ludzi w wieku 16-24 może sięgać nawet 50 procent.


O tym wszystkim mówi się rzadziej – i to oczywiście nie jest przypadek. W Chinach dostęp do rzetelnych informacji jest bardzo ograniczony, media i instytuty badawcze są często pod kontrolą partii, a niewygodne dane bywają po cichu tłumione. Znacznie lepiej jest pokazać światu lśniące wieżowce w Chongqing niż rozpadające się pustostany albo życie codzienne bezrobotnych młodych ludzi. Obraz, który do nas dociera, jest więc starannie wyselekcjonowany – widzimy głównie to, co Chiny chcą nam pokazać, a nie to, jak rzeczywiście wygląda codzienność w ich kraju.
Warto wobec tego zachować czujność wobec przekazu, który płynie do nas z Chin. Trzeba też pamiętać, że to, iż Pekin działa dziś po cichu w sferze informacyjnej, wcale nie oznacza, że tak pozostanie. Taktyka może się zmienić w każdej chwili, a Europa powinna być na to gotowa. Bo skoro jesteśmy wyczuleni na rosyjską propagandę i dezinformację, powinniśmy być równie czujni wobec tej cichszej, chińskiej – nawet jeśli przychodzi do nas w miłej, nowoczesnej i uśmiechniętej formie.
Konrad Szatters
Ekspert Fundacji
