W Francji trwa odliczanie do 7 lipca, kiedy sąd II instancji wyda wyrok w sprawie Marine Le Pen. Ten wyrok może w dużej mierze zdecydować o tym, kto zostanie lub kto nie zostanie prezydentem Francji w 2027 roku. Le Pen pozostaje faworytką przedwyborczych sondaży, ale jest też plan B – partyjny delfin Jordan Bardella.
Wolisz odsłuchać ten tekst? Wersja czytana przez autorkę jest dostępna tutaj →
Najpierw nieco historycznego tła. Marine Le Pen to jedna z czołowych postaci francuskiego życia politycznego. W latach 2011-21 kierowała skrajnie prawicową partią Front Narodowy, w 2018 przemianowaną na Zjednoczenie Narodowe (RN). Trudno sobie wyobrazić dzisiejszą scenę polityczną bez rodziny Le Penów. Marine startowała w wyborach prezydenckich już 3. razy i ma autentyczną szansę zdobyć prezydenturę w 2027 roku. Nominalny przewodniczący partii od 2021 roku – niespełna 31-letni Jordan Bardella miałby w takim przypadku zostać premierem. We francuskim systemie politycznym to eksponowane stanowisko, ale podporządkowane prezydentowi.
Ale te plany zburzył wyrok z 31 marca ubiegłego roku. Paryski sąd ogłosił wtedy wyrok w I instancji w tzw. sprawie asystentów parlamentarnych. Proces, który odbył się jesienią 2024 roku, dotyczył procederu lat 2004-2016. Front Narodowy miał stworzyć system wyłudzania pieniędzy z Parlamentu Europejskiego na rzekomych asystentów parlamentarnych. W rzeczywistości osoby te miały pracować we Francji na rzecz swojej partii. Sprawa opiera się na mocnych dowodach (np. wewnątrzpartyjnych mailach). Każdy fikcyjny asystent był przypisany do konkretnego eurodeputowanego, który finansował jego zatrudnienie z pieniędzy Parlamentu Europejskiego. Takim fikcyjnym asystentem był np. ochroniarz szefa partii. Marine Le Pen miała o wszystkim wiedzieć i być centralnym elementem tego systemu. Na ławie oskarżonych zasiadło w sumie ponad 20 osób (oskarżony był także Jean-Marie Le Pen, senior rodu i założyciel partii; zmarł 7 stycznia 2025 roku). Sąd ocenił szkodę Parlamentu na 4,5 mln euro.
W trakcie procesu w I instancji partia i Marine Le Pen snuli opowieść o tym, że to spór administracyjny, który nie powinien skończyć się w sądzie, że nikt się nie wzbogacił (choć ktoś jednak na tym zarobił) i generalnie nie było mowy o przyznaniu się do błędu.
W rezultacie w 2025 roku Le Pen skazana została na 4 lata więzienia (2 lata w zawieszeniu) i karę 100 000 euro grzywny. Najbardziej bolesna z politycznego punktu widzenia była i jest jednak kara dodatkowa – pozbawiająca ją możliwości ubiegania się o wybieralne stanowiska przez 5 lat (tzw. inéligibilité). Le Pen nie straciła mandatu deputowanej do niższej izby parlamentu, ale nie może startować w żadnych kolejnych wyborach.
Marine Len, adwokatka z zawodu, wyszła z sali sądowej w trakcie odczytywania wyroku, a komentatorzy zgodnie przyznawali, że dostała wyrokiem jak obuchem w głowę. Sędzina odczytująca wyrok otrzymała policyjną ochronę w obliczu fali gróźb i rozpoczęła się publiczna debata o tym, czy to wyrok polityczny i czy wymiar sprawiedliwości ma prawo wyeliminować polityka z wyścigu wyborczego pozbawiając w pewnym sensie obywateli prawa wyboru.
Francuski wymiar sprawiedliwości wyszedł naprzeciw oburzeniu części opinii publicznej i wyznaczył przyspieszony termin apelacji – proces odbył się w styczniu i lutym 2026 roku, co umożliwia rozstrzygnięcie sprawy przed startem prawdziwej kampanii wyborczej.
W II instancji Le Pen zmieniła nieco linię obrony: Chciałabym już teraz powiedzieć sądowi, że jeśli popełniono przestępstwo – a wszyscy wydają się co do tego zgodni – to chcę, aby sąd wiedział, że nie mieliśmy żadnego poczucia, iż popełniliśmy jakiekolwiek przestępstwo, kiedy w latach 2004, 2009 i 2014 zatrudnialiśmy własnych asystentów i wspólnie z nich korzystaliśmy – powiedziała w trakcie swojego przesłuchania. Czy taka nieduża zmiana podejścia wystarczy, by sędziowie wydali łagodniejszy wyrok i żeby Le Pen mogła ubiegać się o stanowisko prezydenta? Dowiemy się już niedługo.
W sprawie Marine Le Pen jest też niepokojący szczegół dotyczący administracji Trumpa. Podobno we Francji już była amerykańska delegacja, która szukała punktu zaczepienia dla ewentualnych sankcji w przypadku skazania Le Pen. Dość szybko rozmowa zeszła na temat sytuacji karnej Marine Le Pen, a chodziło o to, by uzyskać ode mnie, a być może także od innych osób, z którymi mieli się spotkać, informacje, które mogłyby potwierdzić tezę, że jest to proces o charakterze czysto politycznym” mówiła mediom francuska prawniczka, która spotkała się z amerykańskimi wysłannikami. Przypomnijmy, że USA obłożyło już sankcjami sędziów Międzynarodowego Trybunał Karnego, którzy zajmowali się nakazem aresztowania dla izraelskiego premiera Benjamina Netanjahu. Jak opowiadał francuski sędzia Trybunału, w konsekwencji stracił np. możliwość korzystania z karty kredytowej. Amerykańskimi sankcjami (zakazem wjazdu) został także obłożony były komisarz UE z Francji Thierry Breton, który obowiązki pełnił w poprzedniej kadencji, a firmował m.in. akt o usługach cyfrowych, wprowadzający obostrzenia dla firm działających w internecie, w tym mediów społecznościowych.
A nad ugrupowaniem, którego niegdysiejsze hasło brzmiało „Ręce czyste, głowa wysoko” zbierają się już kolejne prokuratorskie chmury. Mówi się, że Jordan Bardella, który ewentualnie zajmie miejsce Le Pen w wyścigu do prezydentury, sam miał być fikcyjnym asystentem parlamentarnym w 2015 roku. 30 czerwca w kilku europejskich krajach odbyły się przeszukania w związku z nieprawidłowościami w wydawaniu pieniędzy przez grupę Tożsamość i Demokracja w Parlamencie Europejskim, w skład której wchodziła partia Le Pen i Bardelli w poprzedniej kadencji. Postępowanie prowadzi Prokuratura Europejska, a sprawa ma dotyczyć wydania 4,3 mln euro w latach 2019–2024.
Joanna Różycka-Thiriet
Ekspertka Fundacji Schumana
***
Zdjęcie: Alice Sacco / Reuters / Forum
